KOBIECYM OKIEM #1- O MĘSKOŚCI, TĘSKNOCIE I RODZINIE W AMERICAN SNIPER


Długo zastanawiałam się czy dobrze zrobiłam idąc na American Sniper do kina, dramaty wojenne dobrze ogląda się w domu. To chyba najlepsze rozwiązanie, gdy mamy do czynienia z fabułą, która może okazać się bardzo emocjonalna. Z ludźmi na sali różnie bywa, często nie wiedzą po co przychodzą, tym razem też tak było. O tym później...

Oscarowy szum oczywiście spowodował, że podeszłam do tego filmu bardzo poważnie, w końcu 6 nominacji do Oscara- w tym jeden zdobyty- czyni film wartym zainteresowania. Kolejny raz przekonałam się, że to, co wyróżnia Amerykańska Akademia Filmowa, nie zawsze jest idealnie stworzonym obrazem, a często tworem pełnym wad widocznych gołym okiem. Z uznania do książki nie chciałam od pierwszych minut hejtować tego filmu. Bo po co. Niektóre niedociągnięcia dało się zbagatelizować, więc skupiając się na fabule, przyjęłam taktykę oglądania i wyłapywania wartości oraz emocji, które mną szarpnęły.

Refleksji było wiele, bo przecież wojna chwyta w swoje macki nie tylko żołnierzy, ale także ich rodziny. Nie łatwo być żoną mężczyzny będącego na wojnie. Strach, tęsknota, osamotnienie i liczenie dni do powrotu z misji. Dlaczego ludzie dobrowolnie się na to godzą? Może to żądza przeżycia adrenaliny, często zastrzyk gotówki i przekonanie o świecie bez zła, a może walka z własnymi słabościami, patriotyzm oraz chęć- tak jak u Kyle'a -pomocy kolegom na misji. Cierpi nie tylko żołnierz, który później całe swoje życie walczy z własną psychiką, ale także rodzina. Czy dla najbliższych tytuł najlepszego strzelca amerykańskiej armii jest najważniejszy? Z całej tej historii można wywnioskować całkowicie coś innego. Rozmowy przez telefon nie wynagrodzą  nieobecności kogoś, kogo się kocha.


Bradley Cooper- wbrew wszystkim negatywnym opiniom- wcielił się w postać snajpera perfekcyjnie. Metamorfoza imponująca, prawie 20 kg więcej. Oj jest na co popatrzeć. W parze z Sienną Miller stworzyli emocjonalną bombę. Pełna determinacji, pasji i doskonałości gra aktorska wprowadziła niezłe zamieszanie. Nic bardziej na mnie nie działa jak dobrze odegrane emocje i na tym głównie skupiłam w czasie projekcji. Podeszłam do całego szumu po kobiecemu, bo czemu by nie?



Clint Eastwood wiedział bardzo dobrze co robi, tworzył przede wszystkim dla Amerykanów, którzy uważają Kyle'a za ważną personę. Udało mu się. Jednak dla osób nie znających historii biograficznej najlepszego snajpera Stanów Zjednoczonych historia może wydawać się zwyczajna. Ot taki film o amerykańskiej armii. Wpadki oczywiście były. Jakie? Mam nadzieje, że sami wychwycicie.

Słabostki jednak wynagradza świetne zakończenie, gdzie oglądamy archiwalną relację z pogrzebu Chris'a. Pożegnanie Amerykanów z Snajperem wywołuje wzruszenie. Symbolika sama w sobie daje wiele do myślenia. Z jednej strony żegnają nieustraszonego, odważnego żołnierza walczącego w imieniu kraju, z drugiej kogoś, kto zabijał. Każdy ma inne pojęcie bohaterstwa.

Wychodząc z kina nie miałam ochoty z nikim rozmawiać- film zmusił do refleksji. Wszystko byłoby okej, gdyby nie zachowanie dorosłych ludzi siedzących przed nami. Wódka, czipsy i śmiechy- w momentach, kiedy człowiek miał ściśnięte gardło- utwierdza, że czasami nie warto iść do kina na tak poważne historie. Ludzie ogarnijcie się. Miałam ochotę sprzedać im kopa- siedzieli tuż na wysokości moich traperków.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz


Pozdrawiam M.

akcjakultura.pl © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka